wtorek, 21 czerwca 2016

Rozdział 10

Ross
Tej nocy totalnie się nie wyspałem, bo tym razem to ja musiałem pilnować grupy. Jak nie pająk u dziewczyn, to jakaś mała bitwa u chłopaków. Po prostu już dawno nie byłem tak rozchwytywany, a mówią, że to już pierwsza klasa Secondary School. Dobrze, że nikt się jeszcze w łóżko nie zsikał.

Po zjedzeniu śniadania wybraliśmy się nad jezioro by urządzić zawody na rowerach wodnych. Przez wczorajsze wydarzenia Courtney nie chciała płynąć ze mną. Wybrała towarzystwo ojca i spokojnych dziewczynek z grupy. Dla mnie zostali najgorsze rozrabiaki, którzy kłócili się do tego stopnia, że ani razu nie wygraliśmy. Szczęśliwie nikt nie wpadł do wody. Brakuje mi tu Ashtona. On by pewnie wiedział co zrobić by wróciło nas mniej.

Dzieci były tak zmęczone, że resztę dnia spędziliśmy na terenie ośrodka. Kto chciał grał w piłkę z Courtney i jej tatą, a ja siedziałem na trawniku i podziwiałem przecudne kształty WF-istki.

Wieczorem urządziliśmy uczniom karaoke i taneczne zabawy, po których już doszczętnie padli. Przynajmniej pannę Eaton czeka dziś spokojny dyżur. No dobra, może nie tak spokojny… Już ja jej zapewnię jakieś atrakcje.

Kiedy przekonałem się, że Szanowny Pan Stephen już zasnął, zarzuciłem na głowę prześcieradło i poszedłem postraszyć trochę dziewczyny. Zapukałem do okna i zawyłem jak duch. Pierwsza dostrzegła mnie Marie ~ największa panikara w klasie. Narobiła takiego hałasu, że zbudziła pozostałe. Zanim Courtney dobiegła do domku, ja szybko się ulotniłem.

Courtney
Było już tak spokojnie, aż tu nagle wybuchła jakaś panika w domku dziewcząt.
- Duch! – krzyczały i pokazywały na okno.
Spojrzałam w tę stronę, lecz niczego nie dostrzegłam.
- Ktoś pewnie zrobił Wam kawał. – wyjaśniłam.
- Zostanie pani z nami? – pięć małych główek wtuliło się we mnie.
- Dobrze. – odpowiedziałam, widząc, że tak szybko mnie nie wypuszczą.
- Aż zaśniemy? – dopytała Marie.
- Tak. Aż przyśniecie. – dodałam i wsiadłam się wygodnie w fotel.

Ross
Ten kawał był całkiem niezły, ale to dopiero początek. Sprawdzimy pedagogiczne umiejętności Courtney.
Wszedłem do drugiego domku, w którym spało pięć kolejnych uczennic. Zastanawiałem się jaki by tu numer wywinąć. Spojrzałem, że jednej wystają spod kołdry stopy. Przypomniało mi się co zawsze robił mi w dzieciństwie Rik. Podszedłem do niej i połaskotałem ją po nodze. Dziewczynka tylko coś mruknęła i obróciła się. Odczekałem chwilę, chwyciłem ją i pociągnąłem za stopy, a następnie szybko wskoczyłem do szafy. Uczennica obudziła się i zaczęła wrzeszczeć. Po chwili, zgodnie z tym co przypuszczałem, w domku pojawiła się Courtney.

Courtney
Ledwo zdążyłam zmrużyć oko, a już w drugim domku zrobił się jakiś raban. Kiedy tam weszłam wszystkie dziewczynki nie spały tylko były mocno przerażone.
- Coś capnęło mnie za nogi i ciągnęło. – wyznała jedna.
- To pewnie demon. – wtórowała jej druga. – Słyszałam o takim, co wykrada w nocy dusze, ciągnąc ludzi za stopy…
- Dziewczyny, nie róbcie sobie żartów. – wywarczałam ze złością. Byłam już wyraźnie poirytowana i zmęczona ciągłym tłumaczeniem. – Która to zrobiła? - żadna się nie odezwała. – A teraz spać. – zgasiłam im światło i wyszłam.
Te dzieci oglądają chyba zdecydowanie za dużo telewizji.

Ross
Courtney wyraźnie się wkurzyła. Mógłbym sobie już odpuścić, ale sprawiało mi to tyle frajdy…
Wyszedłem z szafy, rozrzucając przy okazji trochę rzeczy, i wybrałem się do domku chłopaków. Zobaczyłem stojące u nich na szafce radio. Włączyłem je na full. Niestety nie zdążyłem uciec i jeden z uczniów mnie zobaczył.
- O, pan Lynch. – uśmiechnął się rozbudzony. – Co pan tu robi? Która to już?
- Już siódma. – skłamałem, choć za oknami było jeszcze ciemno. – Chciałem zrobić Wam pobudkę.
- No to już wstajemy. – chłopak potrząsnął swoich kolegów i po chwili wszyscy byli już na nogach.
- To ja pójdę pobudzić pozostałych. – oznajmiłem i opuściłem ich pokój, zostawiając głośną muzykę.
Courtney zmierzała już w kierunku domu, więc schowałem się w krzakach.

Courtney
Kiedy usłyszałam muzykę, pobiegłam do domku chłopaków, by sprawdzić co tam się dzieje. Zastałam ich tańczących i skaczących po łóżkach.
- A co tu się wyprawia!? – próbowałam przekrzyczeć radio.
- My już nie śpimy i jesteśmy gotowi na śniadanie. – wyjaśnił jeden, ściszając odbiornik.
- Jest dopiero druga w nocy! – krzyknęłam.
- Pan Lynch powiedział, że jest siódma i pozwolił nam urządzić imprezę. – dodał Thony.
- Pan Lynch!? – nie wierzyłam w to co słyszę.
- No, był tu. Teraz poszedł zbudzić pozostałych. – odpowiedział następny.
- Kładźcie się z powrotem. Ja już sobie porozmawiam z panem Lynchem. – oznajmiłam i wyszłam.
Teraz wszystko zaczęło mi się układać. Te wszystkie dziwne zjawiska, duchy, demony… Były jego sprawką. Ale nie pozostanę mu dłużna…

wtorek, 14 czerwca 2016

Rozdział 9

Courtney
Około dziesiątej wybraliśmy się na wycieczkę kajakową. Mój tata wybrał pojedynczy kajak, klasa dobrała się do dwuosobowych. Ostatnia 'dwójka' została dla mnie i Rossa. Spojrzałam na blondyna porozumiewawczo.
- Ty pierwsza. – podał mi rękę i pomógł wsiąść, a sam usiadł z tyłu.
Wypłynęliśmy na środek jeziora. Słońce świeciło i odbijało się w tafli wody. Uczniowie byli wyraźnie podekscytowani spływem.
- Świetnie się dogadują. – szepnęłam do Rossa, wskazując na płynącą tuż obok nas dwójkę.
- Nie tak dobrze jak my. – mruknął mi do ucha.
Chciałam coś powiedzieć, ale w tym momencie odwróciłam się zbyt gwałtownie i szurnęłam go wiosłem, aż wypadł z kajaka.
- Ratunku! - Lynch wrzeszczał i machał rękami, chociaż wody było nieco ponad jego pas.
- Spokojnie, złap to. – przysunęłam do niego koniec wiosła, ale on zamiast go chwycić, objął dłońmi rant kajaka i przechylił go tak, że ja również znalazłam się w wodzie.
- Ty debilu! – krzyknęłam i pacnęłam go mokrą ręką w głowę.
- Courtney! Wyrażaj się przy uczniach! – zestrofował mnie mój tata, który przypłynął na ratunek.
- Przepraszam. – wybąkałam i skłoniłam głowę jak wystraszona pięciolatka.
- Idźcie się wysuszyć, ja zajmę się grupą. – zarządził.
Choć widziałam jak klasa się ze mnie śmieje, musiałam podpłynąć do brzegu i wrócić do domku.

Ross
Ten numer z kajakiem był całkiem udany. W prawdzie pan Eaton się wściekł i teraz może uważać, że jestem nieodpowiedzialny, ale przecież wypadki się zdarzają.
Wbiegłem do swojego domku, wyjąłem suche rzeczy i przebrałem się w nie. Chciałem jak najszybciej wrócić do mojej grupy. Na placu spotkałem Courtney. Jej włosy od wilgoci były jeszcze bardziej skręcone, co dodawało jej uroku. Wyglądała jakby się na mnie gniewała o to co się stało.
- Cukiereczka? – spytałem, by poprawić jej humor.
- Owszem. – odpowiedziała.
Włożyłem ręce do kieszeni i w tym momencie zorientowałem się, że musiały zostać w tamtych przemoczonych spodniach.
- Ups. To nie te spodnie. – powiedziałem. – Ale mam dla Ciebie coś o wiele słodszego. – zbliżyłem się i chciałem ją pocałować, lecz wtedy zobaczyłem jednego z naszych uczniów. – A co Ty tu robisz? – zapytałem.
- To już koniec spływu. Teraz idziemy na obiad. – wyjaśnił.
- Widzisz Ross, te dzieci są lepiej zorganizowane od Ciebie. – brunetka mrugnęła do mnie okiem i poszła do stołówki, a ja poczułem się jak ostatni bałwan.

Ashton
Skończyłem właśnie zajęcia i chciałem iść sobie na jakieś piwko z Calem, ale wtedy w drzwiach pokoju nauczycielskiego pojawiła się Diane.
- Cześć, Ash. Słuchaj nie pomógłbyś mi w przygotowaniu dekoracji z okazji czterdziestolecia szkoły? – urocza koleżanka od języka angielskiego uśmiechała się do mnie szeroko.
- Właściwie to… Jestem zajęty. – wziąłem swoją torbę i skierowałem się do wyjścia.
- Szkoda. – odparła smutno, kręcąc zalotnie kosmyk rudawych włosów i wpatrując swoje wielkie zielone oczy we mnie, jakby nie zrozumiała, że nie mam ochoty zostawać w tej szkole ani pół godziny dłużej. – Razem poszło by nam szybciej… - tłumaczyła. – Spędzilibyśmy miło czas… - dotknęła mojej szyi. – A potem… Poszlibyśmy do mnie na kieliszek wina… - flirtowała. – Ale skoro jesteś taki zajęty…
- Ej no… Dobra. Okay. Godzinka mnie nie zbawi. –odwiesiłem torbę na wieszak.
- Ekstra! – rzuciła na stolik masę papierów. – Z tych trzeba wyciąć kwiatki, jakieś dwieście sztuk. Te zielone będą do liści, tego jakieś pięćset… Tu masz nożyczki, klej. Dzięki Ashton. Jesteś świetnym kumplem. To do jutra. Pa. – rzuciła i zanim się obejrzałem, zostałem sam z tymi wycinankami. Chyba zajmie mi to całą noc. Już nigdy więcej nie dam się tak wrobić.

wtorek, 7 czerwca 2016

Rozdział 8

Ross
Po dyskotece w Tawernie, gdy uczniowie wrócili do domków, całą trójką zrobiliśmy obchód. Wszyscy byli już w piżamach i kładli się spać. Dzisiejszy dyżur nocny przypadł panu Eaton, więc Courtney i ja poszliśmy do swoich domków, by następnego dnia mieć energię na kajakową wycieczkę z klasą.
Wykąpałem się, ubrałem dresy do spania i ułożyłem się w łóżku. Naciągnąłem kołdrę na wysokość pasa i przytuliłem głowę do poduszki. Zamknąłem oczy i prawie już spałem, gdy usłyszałem dźwięk telefonu. Court przysłała mi SMS-a: "Zimno mi... Przyjdziesz do mnie i przytulisz mocno?". Wstałem z łóżka, ubrałem trampki, na ramiona zarzuciłem bluzę i wystawiłem głowę za drzwi. Rozejrzałem się czy Stephen przypadkiem mnie nie zobaczy i biegiem ruszyłem do domku Courtney. Cicho wszedłem do środka i o świetle latarki w komórce dotarłem do sypialni.
- Court, już jestem. - usiadłem na brzegu łóżka, a dziewczyna wystawiła głowę z pod kołdry.
- Połóż się obok. - zarządziła.
Zdjąłem bluzę i obuwie, a następnie położyłem się. Schowałem się pod kołdrą i przytuliłem Eaton.
- Tak dobrze? - spytałem, a ona tylko przytaknęła.

Courtney
W ramionach Rossa było bardzo milutko i ciepło. Aż za ciepło. Delikatnie wyśliznęłam się z jego uścisku i zsunęłam swoją halkę. W samych majtkach ponownie wtuliłam się w blondyna, który był tak uroczy, że nie powstrzymałam się i go pocałowałam. Otworzył oczy i nieco zdezorientowany chciał coś powiedzieć.
- Cicho. - położyłam mu palec na usta. - Nic nie mów, tylko całuj. - wpiłam się w jego słodkie usta i rozkoszowałam się chwilą.
- Courtney, nie. Masz chłopaka. - odsunął mnie, ale ja się nie poddałam.
Szybkim ruchem pozbyłam się jego ubrań i swoich majtek. Nachyliłam się nad blondynem i zaczęłam całować go po klacie coraz niżej i niżej. Gdy byłam pewna, że teraz już się nie powstrzyma wróciłam do pieszczenia jego ust. Lynch przeturlał się ze mną i to on był u góry. Dopiero teraz się przekonał i zaczął pogłębiać pocałunki oraz dotykać dłońmi mojego nagiego biustu.
- Oh Ross! - krzyknęłam, gdy Ross znalazł się w miejscu, w którym nie był jeszcze żaden mężczyzna.
Tak, swój pierwszy raz przeżyłam z Rossem, jednocześnie zdradzając Caluma, z którym nigdy nie miałam okazji się tak zbliżyć. To Vanni w domu, to Ashton pojawiał się ni stąd ni z owąd, to byłam zmęczona po pracy. Tych powodów było wiele, ale nie wiem czy to nie były zwykle wymówki.

Stephen
Rankiem zabrałem grupę do Tawerny na śniadanie. Courtney i Ross dołączyli chwilę później. Moja córka była radosna jak nigdy. Byłem ciekawy czemu, ale wiedziałem, że nie wypada o to pytać, tym bardziej przy grupie.
- Dzień dobry wszystkim! - przywitał się Lynch stojący na samym środku pomieszczenia. - Dzisiaj odbędzie się wycieczka kajakowa. Wyruszamy o dziesiątej, więc zaraz po śniadaniu wyszykujcie się. - gdy skończył mówić usiadł obok Court i zagadał do mnie. - Panie Eaton, klasa była w nocy grzeczna?

Ross
Próbowałem nie patrzeć w stronę Courtney, by nie wydało się co się pomiędzy nami wydarzyło. Wiedziałem jakie mogą być tego konsekwencje: Stephen się dowie, Stephen powie to facetowi Court, facet Court ją rzuci, a ona znienawidzi mnie z całego serca.
- Ross mówię do Ciebie. - Courtney szturchnęła mnie łokciem.
- O co chodzi? - spytałem zdezorientowany.
- Pytałam, ile kajaków musimy wypożyczyć. Więc ile? - była nieco zła.
- Chyba siedemnaście dwuosobowych i jeden jednoosobowy. - odpowiedziałem po wykonaniu krótkich obliczeń.
Oh, czemu Courtney musi tak na mnie działać?

Ashton
Micheal wrócił dopiero rano totalnie pijany. Kiwał się na boki i podśpiewywał, a w dłoni trzymał prawie pustą butelkę po piwie.
- Chcesz łyka Ash? - spytał.
- Nie, dzięki. Idę do pracy, a Ty się lepiej ogarnij, bo jak Cię Luke...
- Nie jesteś moją starą, żeby mi rozkazywać! - Clifford wydarł się na cały dom jednocześnie mi przerywając.
-  Co tu się dzieje? - spytał Hemmings, który nagle pojawił się w przedpokoju. Miał ubrany fartuszek, a w ręce trzymał patelnię.
- Ash się czepia. - Micheal zrobił niewinną minę.
- A Mike wraca totalnie zalany z wczorajszej imprezy i blokuje mi drogę. - dodałem i szczęśliwy, że raczej nie spóźnię się do pracy, wyszedłem.
Micheal czasami potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. a w szczególności jak urządza imprezy lub wraca pijany.

Pojawiłem się w szkole dwie minuty przed czasem. Wziąłem klucz od odpowiedniej sali i ruszyłem do niej. Pod drzwiami stała rozwrzeszczana grupa młodzieży. Otworzyłem drzwi i wpuściłem uczniów do środka.
- Witajcie! - próbowałem ich przekrzyczeć, ale na marne.
Po trzech nieudanych próbach, usiadłem zrezygnowany na krześle. Nie wiem jak inni  radzą sobie z nimi. To młode, rozkrzyczane zbiorowisko przyprawia mnie o ból głowy i teraz już właściwie nie wiem co tu robię, czemu pracuję w tej branży...

wtorek, 31 maja 2016

Rozdział 7

Ross
Po obiedzie wybraliśmy się do lasu. Kazałem każdemu przynieść po jednej dużej gałęzi lub kilku mniejszych na ognisko.
- Podoba Ci się tu? - zagadnąłem Courtney, gdy wracaliśmy prostą drogą do domków.
- Tak. Jest spokojnie, otacza nas piękno natury... I co najważniejsze, klasa jest posłuszna. - odpowiedziała nawet na mnie nie patrząc. - A Tobie?
- Też. W szczególności podoba mi się twoje towarzystwo. -  powiedziałem, na co Eaton się zarumieniła.
- Awww... Dzięki. - uśmiechnęła się. - Sprawdzę czy nikt się nie zgubił. - obróciła się i szybko policzyła uczniów.
Jeśli miałbym opisać ją jednym słowem, chyba miałbym dylemat na które się zdecydować. Court jest śliczna, mądra, zwinna i ma niesamowity sposób na ogarnięcie grupy. Wiem, że nie powinienem, ale się w niej zauroczyłem.

Courtney
Wróciliśmy na teren naszego ośrodka i złożyliśmy gałęzie w jednym miejscu. Tata Stephen wybrał się do sklepu po więcej chleba i ketchup, Ross zajął się przygotowaniem ogniska, a ja zajęłam się klasą. Wzięłam piłkę i zagrałam z nimi w siatkówkę. Miło widzieć jak się integrują.

Stephen
Około 20, gdy zaczęło się ściemniać, zebraliśmy się przy ognisku. Ross rozdał każdemu jego przydział jedzenia i metalowe widełki do pieczenia kiełbasek nad ogniskiem. Ja pokazałem jak poprawnie opieka się nad ogniskiem, a Courtney dbała o bezpieczeństwo.
Gdy wszyscy zjedli, Ross przyniósł swoją gitarę i zaczął grać. Każdy po kolei przyłączał się do śpiewania. Zrobiliśmy też konkurs talentów, a za nagrodę obiecaliśmy żelazko od dyrektora, by uczniowie mieli jak wyprasować koszulki na WF, bo ostatnio to zaniedbali.

Ross
Mimo iż było po 22 pozwoliłem panu Eaton zabrać klasę do Tawerny na dyskotekę powitalną. Sam postanowiłem dotrzymać towarzystwa Court.
- Zagrasz coś jeszcze? - spytała.
- Pewnie. - chwyciłem gitarę i zacząłem grać. - Utonąłem w twoich snach o la li u la la. Oczarował mnie twój blask o la li u la la. Twoje włosy muskał wiatr o la li u la la. Ty i ja ouuoo uoo... - zacząłem, a Courtney zawstydziła się.
Boże, jaka ona piękna jak się rumieni. Aż ma się ochotę ją pocałować.

Vanni
Courtney nie ma w domu i nie będzie przez najbliższe pięć dni, więc postanowiłam zaprosić Micheala i zrobić imprezkę. O godzinie 20 w salonie roiło się od osób, których w większości nie znałam, co i tak nie przeszkadzało mi w balowaniu. Tańczyłam z przystojnymi chłopakami, piłam dużo alkoholu i śpiewałam na cały dom ulubione piosenki. Wszystko było dobrze dopóki nie zadzwoniła Court. Odrzuciłam połączenie, bo nie chciałam się zdemaskować, ale Eaton nie dawała za wygraną. Wyłączyłam telefon i postanowiłam, że porozmawiam z nią jutro. Wróciłam do balowania w towarzystwie Mike'a.

--------------------
Witajcie serdecznie!
Dziś cały rozdział by Wiki R5er i z piosenką Disco Polo [a jakże inaczej ;)].
Pozdrowionka i do napisania <3
P.S. Zapraszam na mój nowy blog - "A little bit of love will change your life..." z The Heirs w roli głównej ;)

wtorek, 24 maja 2016

Rozdział 6

Ross
Dzień wyjazdu z klasą nadszedł bardzo szybko. Ashton przejął zastępstwo za mnie w swoje wolne godziny i obiecał, że nie zanudzi uczniów.
- Wszyscy wszystko zabrali? - spytał pan Eaton, który przyjechał na dworzec kolejowy w klapkach basenowych.
- Taaaak! - klasa odpowiedziała chóralnie.
- Znacie już zasady. Mam nadzieję, że będziecie ich przestrzegać, bo jak nie... - zaczęła Courtney.
- To wyciągnę stosowne konsekwencje. - przerwałem jej i uśmiechnąłem się. - Proszę, zajmijcie miejsca. - oznajmiłem i zwróciłem się do Courtney. - Nie strasz ich. To tylko pierwszaki.
- No okay. - odburknęła i wsiadła do pociągu.
- Zapowiada się długie pięć dni... - mruknąłem pod nosem i zająłem miejsce obok Court.

Courtney
Podczas podróży pociągiem klasa Rossa była wyjątkowo grzeczna. Grupka osób grała w karty, kilka innych osób słuchało muzyki lub po prostu rozmawiało. A Lynch? Zasnął na moim ramieniu. Świetnie.
- Wszystko okay, Courtney? - spytał mój tata.
- Tak. Jest w porządku. - odpowiedziałam, choć tak naprawdę było mi niedobrze z powodu choroby lokomocyjnej.
- To się cieszę. - odpowiedział i poszedł sprawdzić co u uczniów.
Oparłam swoją głowę o głowę blondyna i zamknęłam oczy. Liczyłam w myślach tylko po to, by odpędzić od siebie chęć zwymiotowania. No co? Nie chcę się ośmieszyć przy uczniach i Rossie.

Ashton
Zgodziłem się zastąpić Rossa i to był błąd. Pierwsza klasa, z którą miałem zajęcia była tak głośna, że tego nie zniosłem i wyszedłem z sali trzaskając drzwiami.
Jak mnie wyleją, to nie będę miał kasy by zapłacić Hemmingsowi czynszu. Jeśli nie zapłacę to mnie wyrzuci. Jak mnie wyrzuci to najwyżej wproszę się do Rossa, bo to jego wina, że dostałem taką klasę.
Wszedłem do pokoju nauczycielskiego i zaparzyłem sobie  herbatkę na uspokojenie. Ta praca jest taka wykańczająca...
- A Ty nie masz zajęć? - rzucił ten stary gość, który uczy geografii.
- Zastępstwo za Rossa, ale z tą klasą nie da się wytrzymać pięciu minut, a co dopiero całej lekcji. To takie okropne bachory... - odpowiedziałem i usiadłem z kubkiem gorącej herbaty.
- Uważaj co robisz. Jeden zrobił podobnie i już tu nie pracuje.
- Phi... Tyle razy już zlekceważyłem dyrka, a on nic. Chyba nie chce mieć do czynienia z Irwinem. - posłałem mu kpiący uśmieszek. Jak ja nie cierpię takich wywyższających się ludzi...

Stephen
Dojechaliśmy na dworzec 'niedaleko' naszych domków i opuściliśmy pociąg.
- Wszyscy są!? - spytała Courtney, a Ross i zaczął liczyć uczniów.
- Tak. - odpowiedział po chwili. - Wiesz jak tam dotrzeć?
- Chyba tak. - moja córka uśmiechnęła się. - Wszyscy za mną! - zarządziła i ruszyła.
Ross szedł u jej boku i sprawdzał drogę na mapie, ja pilnowałem grupy z tyłu. Szliśmy i szliśmy, a droga się wydłużała w nieskończoność.
- Długo jeszcze? - spytał któryś z uczniów.
- Jakieś pięć minut... Góra. - rzucił Ross. Może jest młody i niezbyt doświadczony jako nauczyciel, ale młodzież go lubi. To chyba najważniejsze.

Ross
W końcu stanęliśmy pod domkami.
- Ja ich podzielę. - oznajmiła Courtney, a ja podziękowałem jej spojrzeniem.
- Aaa!!! - jedna z uczennic podbiegła do mnie przerażona.
- Co się stało? - spytałem ze spokojem.
- Oni straszyli mnie pająkiem... - powiedziała i wskazała na grupkę roześmianych chłopaków.
- Zaraz z nimi porozmawiam. A Ty już się uspokój, Marie. Pająki wcale nie są takie straszne. Ja kiedyś też się ich bałem, ale jakoś pokonałem ten strach. Tobie też się uda. - odpowiedziałem jej z serdecznością.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się i dołączyła do koleżanek.

Courtney
Po krótkiej przerwie na zajęcie domków, zebraliśmy się na placu i wybraliśmy do Tawerny na obiad. Były to dwa dania. Na pierwsze: rosół, który smakował jak woda, na drugie: ziemniaki, klopsy i surówka smakujące jak sprzed tygodnia. Siedziałam i skubałam swoją porcję, gdy Ross szturchnął mnie pod stołem.
- Czy Ty zawsze tak mało jesz? - spytał i spojrzał mi w oczy.
- Prawie zawsze. - odparłam i uśmiechnęłam się do niego.
Blondyn odwrócił wzrok i wziął kawałek klopsa na widelec. Gdy posmakował skrzywił się i odsunął od siebie talerz.
- Chyba zjem batona. - stwierdził i wyciągnął z kieszeni dwa wafle. - Chcesz?
- Tak. - wyciągnęłam rękę po słodycz, ale Lynch podniósł swoją rękę.
- A magiczne słowo? - seksownie poruszał brwiami.
- Poproszę. - powiedziałam na wpół pytająco.
- Tak lepiej. - otworzył batona i dał mi gryza.
- Awww... Pani Eaton i pan Lynch... - usłyszałam za plecami uczniów. Po prostu świetnie. Od teraz będą myśleli, że między nami coś jest.

wtorek, 17 maja 2016

Rozdział 5

Ross
Było za dziesięć ósma. Siedziałem w pokoju nauczycielskim i dopijałem moją kawę, gdy wpadła wściekła Courtney.
- Wyobrażasz sobie... - zaczęła. - Okradli mnie! Mnie! Biedną nauczycielkę! - krzyknęła.
- Spokojnie. - chwyciłem ją za ramiona i usadziłem na krześle. - Powiedz mi, na spokojnie: co się stało?
- Moja współlokatorka Vanni wyciągnęła mnie wczoraj na imprezę. Trochę nabroiła i razem z innymi uczestnikami imprezy Luke ~ właściciel domu, wypchnął nas za drzwi. Vanni zaproponowała Ashtonowi, Calumowi, Michealowi i jakiemuś Johnowi nocleg. Rankiem okazało się, że Johna nie ma tak samo jak tostera, mikrofalówki i telewizora... - opowiadała.
- O tu jesteś! - krzyknął Ashton, który nagle pojawił się w pokoju nauczycielskim z... Psem na rękach! - Mike dzwonił i powiedział, że Cal urwał kurek od prysznica.
- Że co!? - zerwała się z miejsca. - Kolejny wydatek!?
- Woda się leje, a oni sobie nie radzą. - dodał Ash.
- I co ja mam teraz zrobić? - usiadła załamana.
- Mogę Ci pomóc. - zaproponowałem. - Podaj tylko adres i jadę.
- Przecież zaraz zaczynasz lekcje. - odparła.
- Ashton zastąpisz mnie? - spytałem patrząc na chłopaka.
- Jasne. I tak mam godzinę wolną. - Irwin uśmiechnął się.
- Więc jak będzie? - spojrzałem na Courtney.
- Jedź. Tu masz adres. - zapisała go na kawałku kartki i podała mi.

Savannah
Chłopaki zwiali jak tylko woda zaczęła się lać strumieniami. Starałam się coś na to zaradzić, ale nie starczało mi ścierek, misek i wiader. Woda zaczęła sięgać mi do kostek, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam wysokiego, eleganckiego blondyna.
- Ross. - wyciągnął do mnie rękę.
- Vanni. - uścisnęłam jego dłoń i uśmiechnęłam szeroko.
- Przyszedłem naprawić prysznic. Courtney wie. - powiedział i wszedł do domu.
- Łazienka jest tutaj. - pokazałam mu.
- Dzięki. - rzucił i zaczął zdejmować swoje ubrania. Trzeba przyznać, że jest seksowny.

Ashton
Wszedłem do klasy Rossa pięć minut po  dzwonku, trzymając na rękach mojego pupila.
- Dzień dobry! - powiedziałem głośno, żeby przekrzyczeć rozbawioną klasę. - Pan Lynch nie mógł dziś przyjść więc ja poprowadzę zajęcia... - wyjaśniłem. - To co dziś robimy? - spytałem grupę, bo sam nie miałem pomysłu.
- Śpiewajmy. -  odpowiedziała dziewczynka z pierwszej ławki.
- Zawsze na pierwszych zajęciach śpiewaliśmy z panią Dorothy. - dodała druga.
- Dobra. Pokażcie książki. - poprosiłem i wepchnąłem jakiemuś chłopcu do rąk Sosera. - Potrzymaj go.
- O jaki słodki! - zaczęła zachwycać się grupa. Są tak genialni, że dopiero po kolejnych pięciu minutach od mojego wejścia zauważyli, że przyszedłem z psem. Ciekawe po ilu minutach zauważyliby żyrafę.
Przejrzałem podręcznik i nie znalazłem w nim nic ciekawego. Same badziewiaste piosenki o nauczycielach, sałatce, grzeczności, kolędy i "Wkrótce wakacje". Zaśpiewanie tego ostatniego wydawało mi się całkiem niezłą opcją, gdyby nie to, że jest drugi września i brzmiałoby to odrobinie sarkastycznie.
- Okay. Nie widzę nic ciekawego. To może zrobimy biologię? - spytałem wywołując tym przykrą reakcję klasy. Trzydzieści  dwa gardła wykrzyknęły jednocześnie: Nie!. - Spokojnie. Nie musicie mieć podręczników. Dzisiejszy temat to... Budowa ssaków. - wymyśliłem na miejscu. Wziąłem od ucznia mojego psa i postawiłem go na biurku. - Soser będzie naszym modelem. - dodałem i zacząłem pokazywać na zwierzęciu charakterystyczne cechy gatunku. - Owłosione ciało, posiadanie czterech kończyn, zęby. - powiedziałem i rozszerzyłem pysk psa.
- Wrrr.... - mój przyjaciel wydał dźwięk niezadowolenia.
- To może już wystarczy pokazu. - zwróciłem się do grupy. - Czy macie jakieś pytania?
- A proszę pana, jak one się rozmnażają? - spytał jakiś grubaśny okularnik z ostatniej ławki.
- Eee... No... Normalnie... Musi być samiec i... Samica... No i one, wiesz... Ten tego... - zacząłem się motać.
- Kopulują! - krzyknął ktoś z innego rzędu.
- Tak. Właśnie tak to się fachowo nazywa. - oczyma dziękowałem temu uczniowi, że wybawił mnie od tej trudnej rozmowy. Zdecydowanie nie lubię tematów o rozmnażaniu.
- A proszę pana, na czym ta kopulacja polega? - grubasek nie dawał za wygraną.
- No wiesz... Samiec... - nie dokończyłem, gdyż zadzwonił dzwonek. - To do widzenia. Idźcie na przerwę. - oznajmiłem i  skierowałem się z Soserem do wyjścia.
- To było najlepsze zastępstwo świata! - wykrzyknął radośnie jeden z uczniów.
- Dziękuję. Dla mnie też. - odpowiedziałem i wróciłem do pokoju nauczycielskiego.

Courtney
Ross wrócił krótko przed dziewiątą. Miał mokre, rozczochrane włosy i koszulę rozpiętą na 3/4 długości.
- Wszystko już okay. Naprawiłem zawór. - oznajmił i uśmiechnął się szeroko.
- Dziękuję. - odwzajemniłam uśmiech i przytuliłam go. - Masz bardzo ładne perfumy.
- Serio Ci się podobają? - spytał. - Moja była ich nie cierpiała.
- Serio, serio. - poczochrałam jego włosy. - Radzę się ogarnąć nim pójdziesz na zajęcia. - dodałam, wzięłam dziennik i ruszyłam do wyjścia.
- Courtney. - zawołał za mną.
- O co chodzi?
- Pojedziesz jako opiekun na wycieczkę ze mną i moją klasą?
- Oczywiście.
- A Twój tata?
- Musisz sam się go spytać, ale myślę, że raczej się zgodzi.

Rydel
W domu Ross zjawił się dopiero o 15.
- Cześć siostra. Co na obiad? - ucałował mnie w policzek i usiadł przy stole.
- Hej Ross. Dziś polędwiczki w sosie własnym. - odparłam i nałożyłam danie na talerze. - Jak w pracy? - spytałam.
- Dobrze. Zaplanowałem pięciodniową wycieczkę z klasą.
- Gdzie?
- Nad jezioro.
- Fajnie. Zrobisz jakieś ładne zdjęcia dla Ella?
- Oczywiście. Wiem, że będzie chciał zrobić jakiż kolaż dla Was do salonu.
- Naprawdę? -  zatrzepotałam rzęsami. - A coś jeszcze planuje? - przysiadłam się do niego.
- Słyszałem, że ma zamiar przygotować garderobę na tym zaniedbanym strychu... Jakiś generalny remont, gdy wyśle Cię do SPA... - powiedział mi. No tak, jestem jego jedyną siostrą i nie mamy przed sobą tajemnic.

Ashton
Po pracy wróciłem do Hemmingsa. Nie był już zły, ale ostrzegł mnie na przyszłość. Żadnych imprez, panienek i zwłoki z czynszem. Jeśli złamię zasadę to obiecał, że wyrzuci mnie za drzwi i więcej nie przyjmie. Ciekawe tylko co na to Micheal?

wtorek, 10 maja 2016

Rozdział 4

Courtney
Vanni stała na środku salonu Sosików z radosną miną, jakby w ogóle nie wiedziała o co tyle zamieszania. Tymczasem Luke krzyczał na Michaela jak opętany.
- Po co ją tam zaprowadziłeś!? Tyle razy Ci powtarzałem!
- Wyluzuj bracie. My tylko chcieliśmy się zabawić. - powiedział jak zwykle roześmiany Clifford i łapiąc moją przyjaciółkę za pośladek, przyciągnął ją do siebie.
- Idiota! Trzymajcie mnie!!! - wrzasnął Hemmings.
- Uspokój się Luke i lepiej powiedz nam co tak właściwie się stało. - Ashton próbował uspokoić kumpla zanim na dobre rozpocznie się awantura.
- Co się stało!? Pytasz się co się stało!? Ten kretyn... - wskazał na brata. - Jeb**  się z nią...  - tym razem pokazał Vanni - w piwnicy. W mojej piwnicy!!! - nadal nie wiedziałam co złego było w tym, że dwoje ludzi uprawiało sobie seks na imprezie. Ludzie są pijani i często tak bywa. Chyba Luke nie jest jakimś świętoszkiem, żeby wierzył w czystość do ślubu i te sprawy.
- Wybacz Luke, ale nadal nie rozumiem o co tyle krzyku. - wtrąciłam się.
- Rozpuścili mi cały lód! Wiesz jak długo go składowałem!? Osiem lat! Czaisz? Osiem lat. Od małego marzyłem by mieć pingwina. Kiedy już było tak blisko... Kiedy miałem już odpowiednie miejsce dla niego... Oni wszystko zniszczyli. - rozpłakał się jak dziecko.
- Słuchaj, pingwin i tak nie nadaje się do życia w domu. - Ashton, jak na nauczyciela biologii przystało, podszedł do tematu naukowo. - To nie jest jego naturalne środowisko. Nie byłby szczęśliwy. - do Hemmingsa i tak to nie docierało.
- Jeśli tak bardzo chcesz zwierzątko to kupimy Ci chomika i będzie po sprawie. - wypaliła  Vanni. - Chomik jest mały, nie wymaga spacerów, specjalnych warunków, nie brudzi...
- Nie chcę żadnego chomika! Wynoście się stąd wszyscy. - Luke wypchnął całą naszą grupkę za drzwi, a po chwili wyrzucił też psa Irwina.
- No to super. Dzisiejszą noc spędzę na ulicy. - mruknął Ash i ruszył w kierunku najbliższego parku.
- Czekaj! My Was przenocujemy. - powiedziała entuzjastycznie Latimer, na co chłopcy chętnie się zgodzili.  Ten wieczór chyba nie mógł skończyć się gorzej.

Ashton
- Ash, Cal, Mike i Ty gościu, którego imienia nie znam będziecie spać tutaj. - Courtney wskazała na maty do jogi, leżące na środku pokoju. - Przyniosę tylko jakieś koce. - dodała.
- Przydała by się jeszcze szczoteczka do zębów. - powiedział Clifford, główny winowajca całej tej sytuacji, ale Court go zlekceważyła. I tak dużo dla nas zrobiła. Gdyby nie ona spalibyśmy na ulicy.
Zastanawiam się tylko kim jest ten nieznajomy gościu. Przyplątał się do nas kiedy zostaliśmy wyrzuceni z imprezy.
Wiem tylko, że ma na imię John. Przynajmniej tak się przedstawił. Może to jakiś znajomy Micheala. Mam nadzieję, że nie jest jakimś psychpopatą-mordercą i uda nam się jakoś przeżyć dzisiejszą noc.
Rozłożyliśmy się wygodnie. Calum, który cały dzień był dziwnie milczący,  przysunął swoją matę bliżej okna, rzucił wszystkim krótkie "dobranoc" w swoim języku i odwrócił się plecami. Court i Vanni poszły do swoich pokoi. Zmęczony przeżyciami całego dnia szybko zasnąłem.

Courtney
Wstałam dziś wcześniej niż zwykle i postanowiłam zrobić śniadanie dla naszych gości. Przecież nic nie jedli od wieczora.
- Hej Court. Pomóc Ci? - do kuchni wszedł rozczochrany Ashton.
- O, hej Ash. Chciałam zrobić Wam coś do jedzenia. Lubisz tosty z serem? - spytałam.
- Tak. - odpowiedział, zajmując miejsce przy stole. - W ogóle dzięki, że nas przygarnęłaś. Pogadam dziś z Lukiem. Może się już uspokoił.
- Miejmy nadzieję. - dodałam i uśmiechnęłam się do niego serdecznie.
Dokładnie pamiętam dzień kiedy poznałam Irwina. Był pierwszą osobą, która odezwała się do mnie w nowej pracy. Od razu się polubiliśmy. Od tego czasu minęły już 3 lata, a ja zaczęłam traktować Ashtona jak młodszego, lekko nierozgarniętego braciszka, którego nigdy nie miałam. On chyba też darzy mnie braterskim uczuciem.
- Zawołaj resztę na śniadanie. - poprosiłam. - Zjemy i pojedziemy do pracy. - poinformowałam.
Ash przyprowadził do kuchni Cala, Micheala i Vanni.
- Johna już nie ma. - powiedział. - Pewnie wyszedł z samego rana.
- I nie pożegnał się? Od początku wydawał mi się jakiś dziwny. Właściwie kto to był? - spytała Vanni, ale nie uzyskała odpowiedzi.
- Myślałem, że Ty go znasz Mike. - stwierdził Ash.
- Nie mam pojęcia kto to był. Na takie imprezy przychodzi mnóstwo ludzi. - odpowiedział.
Chciałam włożyć grzanki do tostera, ale nie stał na swoim miejscu.
- Gdzie jest toster? - spojrzałam na Latimer, oczekując informacji.
- Przecież tu stał. - powiedziała. - Tak samo jak ta mikrofalówka, której nie ma... I telewizor...
Wtedy wszystko stało się dla mnie jasne.
- Zostałyśmy okradzione! - wrzasnęłam.
- A po za tym same wpuściłyście złodzieja do domu. - dodał sarkastycznie Clifford.